W poprzedni weekend, zmotywowany pewnym wpisem sympatycznej pani sędzi o wyraźnie prawicowych poglądach, postanowiłem uważnie przyjrzeć się trwającej procedurze konkursowej na obszarze spoza łódzkiej apelacji, a konkretnie w okręgu gliwickim. Zaznaczam, że z Gliwicami nie łączy mnie kompletnie nic wspólnego. Nie znam osobiście żadnego sędziego z tego okręgu i nie planuję się do niego przenosić. Podsumowując, nie miałem żadnego interesu w tym aby faworyzować kogokolwiek z tamtejszej procedury konkursowej. Zaopatrzony w popcorn, colę, długopis i plik kartek do robienia stosownych notatek, umościłem się zatem wygodnie w fotelu, a następnie przystąpiłem do oglądania spektaklu zwanego „posiedzeniem plenarnym KRS” (czy raczej: neoKRS). Gorąco polecam osobiste obejrzenie transmisji (jest ona dostępna na tamtejszej darmowej platformie VOD), celem konfrontacji mojej publikacji z własnymi przemyśleniami.

Na 6 miejsc w pionach: cywilnym (2), rodzinnym (2), pracy (1) i gospodarczym (1) startowało tam łącznie 16 kandydatów, rekomendację zespołu zyskało aż 9 osób. Byli i prezesi i wiceprezesi, oczywiście także nowi wiceprezesi SO z nadania faksu, paru sędziów liniowych, jedna wizytator od 2018 r., zarazem nowa kierownik ośrodka zamiejscowego SO. Wynik był łatwy do przewidzenia: nominacje dostał oczywiście m.in. wiceprezes SO z nadania faksem oraz pełniąca funkcję Kierownik Ośrodka Zamiejscowego Sądu Okręgowego w Gliwicach z siedzibą w Rybniku, zarazem wizytator od 2018 r. - oboje oczywiście z nowego nadania. Na tle innych, „przegranych” kandydatów, legitymujących się studiami podyplomowymi, dłuższym doświadczeniem w przewodniczeniu wydziałami i sądami czy w orzekaniu na delegacjach w SO, nie wyróżniali się niczym szczególnym. W wypadku wiceprezesa SO, referujący jego sylwetkę był widocznie tak zdesperowany, że wśród atutów przyszłego nominata wymienił też … szkolenia BHP i z zakresu bezpieczeństwa informacji i ochrony danych osobowych. Chociaż kandydat miał większą załatwialność, jego stabilność orzecznictwa plasowała się zarazem poniżej średniej wydziałowej. Był za to w przeszłości dodatkowo prokuratorem i legitymował się dwukrotną delegacją do MS. W wypadku pełniącej funkcję kierownika ośrodka zamiejscowego, pomijając brak jakichś znaczących pozytywów poza nowymi funkcjami, referat przedstawiany w KRS okazał się z kolei nierzetelny bo nie wspomniano w nim, że w sprawach sędzi stwierdzono około 20 przewlekłości, w tym częściowo w okresach, gdy była referentem, o czym dowiedziałem się skądinąd. Nijak nie dawałoby się wtedy uzasadnić jej wyboru kosztem sędziów o dłuższym stażu, w tym legitymujących się studiami podyplomowymi czy o doskonałych opiniach służbowych. Oboje z racji objętych w ostatnim czasie funkcji mieli jednak przejść więc … przeszli.

Na korzyść „KRS” przyznać trzeba, że tam gdzie opinie były już faktycznie druzgocące, teoretycznie „słuszni” kandydaci nie uzyskali jednak poparcia Rady. Nie przeszedł więc radca prawny - były kandydat na radnego z listy PiS, co do którego negatywną opinię wizytatora zdołał przebić… sam kandydat, gdy wniósł zastrzeżenia - o tak żenującym poziomie merytorycznym i formalnym, że referujący jego kandydaturę sędzia M. Nawacki nawet nie ukrywał swojego negatywnego stosunku do osoby startującego. Nie zyskała akceptacji także wiceprezes SO z nadania faksu, co do której opinia wizytatora była miażdżąca, podobnie jak oceny kolegium i zgromadzenia. Wreszcie, nie przeszła druga wiceprezes SR z nowego nadania, przy czym w świetle referatu nawet ona była lepsza od zwycięskiej kandydatki. Inna sprawa, że znana wcześniej liczba miejsc w poszczególnych pionach, ograniczała nadmierną swobodę wyborów Rady wtedy gdy na jedyne miejsce w danym pionie wystartowało aż dwóch „pewnych” kandydatów.

W rezultacie tak przeprowadzonej procedury naboru na 6 miejsc do SO w Gliwicach pozytywną opinię zyskało aż 2 sędziów, którzy objęli funkcje w sądach w ramach „dobrej zmiany”, o walorach w świetle nawet referatów samej KRS (już pomijając to zatajenie przewlekłości postępowań u jednej ze „zwycięskich” kandydatek) gorszych od tych osób, które nie zyskały aprobaty jej członków. Szybki rachunek arytmetyczny prowadzi do wniosku, że jest to 33 % wyłonionych w owej procedurze konkursowej. Będą oczywiście słuszne skądinąd głosy, że każdy taki konkurs wiąże się z pewną grupą nietrafnych selekcji. W tym jednak wypadku zbieżność cech obu zwycięskich kandydatów prowadzi do wniosku, że nie chodziło tu bynajmniej o jakieś błędne wybory ale po prostu o awansowanie, kosztem lepszych kolegów, przynajmniej części osób, które z nowego nadania objęły funkcje w sądach. Te 33 % jedynie na pozór wydaje się małą liczbą (w SO w Gliwicach będą to tylko 2 miejsca). Gdy bowiem uświadomimy sobie, że w skali kraju neoKRS ma rozstrzygnąć w trakcie swojej kadencji 2000 - 2500 konkursów na stanowiska sędziowskie, to ta liczba niesłusznie promowanych i - patrząc na to od drugiej strony - bezzasadnie pominiętych w awansach dojdzie już do 660 - 825 etatów. Co więcej, skoro obecnej większości parlamentarnej zależy na obsadzeniu przede wszystkim SN i sądów apelacyjnych (gdyż to będzie determinować przejęcie władzy sądowniczej), można się spodziewać, że ten procent wątpliwych nominacji będzie tam już zdecydowanie wyższy niż na zaledwie drugim szczeblu sądownictwa powszechnego. Pokazał to dostatecznie konkurs do Sądu Apelacyjnego w Łodzi - sięgając do własnego podwórka. Reasumując, z powodzeniem można twierdzić, że sumarycznie będzie to jednak sporo więcej niż owe 33 %.

Pojawia się w tym miejscu pytanie czy polskie społeczeństwo stać na to aby tak duży odsetek kadry sędziowskiej został wybrany w sposób nie tylko budzący zasadnicze zastrzeżenia konstytucyjne ale po prostu wadliwy merytorycznie i w wyraźnym celu politycznym, do tego na zasadzie wygenerowania na tym tle nieuchronnych konfliktów z resztą środowiska sędziowskiego. Odpowiedź na powyższe pytanie będzie determinowała przyszłe próby weryfikacji decyzji personalnych obecnej KRS, po zmianie władzy na inną. Bazując na imponującym i niezwykle kreatywnym od strony prawnej dorobku dotychczasowych trzech lat osobiście jestem nawet w stanie wyobrazić sobie taki tryb., który by pozwolił na znaczące cofnięcie tych szkód, mieszcząc się nadal w ramach obowiązującej ustawy zasadniczej. Co więcej nie musiałaby się ona nawet wiązać ze stwierdzeniem nieważności zapadłych w międzyczasie orzeczeń. Rzecz się w istocie sprowadza tylko do tego jak dużą elastycznością interpretacyjną chce się ktoś wykazać, a ta - jak pokazały obecne rządy - może być praktycznie nieograniczona.

SSO Tomasz Krawczyk