Maciej Strączyński - prezes Sądu Okręgowego w Szczecinie w opublikowanej w Rzeczpospolitej rozmowie z Agatą Łukaszewicz ocenił, że szczecińskie sądy działają normalnie. Podkreślił, że został powołany według nowych przepisów, ale w normalnym trybie po zakończeniu kadencji poprzednika. W okręgu szczecińskim nie został też odwołany żaden prezes w sądzie rejonowym. Nie wszczęto żadnego wątpliwego postępowania dyscyplinarnego. Uchwały zebrania i zgromadzenia zgodnie z wolą sędziów są publikowane na stronie sądu i przesyłane do wskazanych organów. Sam zaproponował rozsyłanie ich projektów pocztą wewnętrzną sądu. W sprawie płac pracowników wypowiedział się na konferencji prasowej na tle protestujących. Za te działania nie spotykają go ze strony ministerstwa żadne nieprzyjemności. Zgromadzenie ogólne okręgu odmówiło co prawda współpracy z Krajową Radą Sądownictwa przy opiniowaniu kandydatów na wolne stanowiska sędziowskie, ale według prezesa to błąd, bo ktoś musi rozpoznawać sprawy i chciałby, żeby to byli najlepsi. "Trzeba też zrozumieć sędziów. Nie każdy ma ochotę składać całą swoją karierę zawodową na ołtarzu walki z MS. Przecież to nie jest wina jednego czy drugiego sędziego, że czas jego starania się o awans wypadł na tak konfliktowy okres".

Z kolei krakowska prezes Dagmara Pawełczyk-Woicka w rozmowie z Tomaszem Pietrygą w "Rzeczy o prawie" przyznaje, że brak akceptacji sędziów to dla niej poważny problem, choć i ona pracę sądu ocenia normalnie utożsamiając tę pracę z wynikami sądu porównywalnymi do lat wcześniejszych. Opór sędziów wobec swojej osoby uznaje za działanie wpływowych osób, jak sędzia Żurek, którego intencją jest czysta walka o władzę w sądownictwie. Pani sędzia nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa, że jej działania nikogo nie krzywdzą, a ich jedynym celem jest zapewnienie bezpieczeństwa i należytego funkcjonowania sądu. Na kolegium przy kontrowersyjnych punktach słyszy, że "spisane będą czyny i rozmowy". Odbiera to jako groźbę rozliczenia w przyszłości. Mimo to trwa na stanowisku, bo jest osobą odpowiedzialną. Przeniesienie sędziego Żurka do innego wydziału to nie był odwet, tylko konieczność przyjęcia jakichś kryteriów. Chodzenie przez sędziów w koszulkach Konstytucja i ubieranie w godzinach pracy choinki uważa za śmieszne i nie licujące z powagą sądu. Sprzeciw sędziów wobec niej jest stały, ale wyraża się falami np. po orzeczeniu TSUE.

Łódź leży pomiędzy Szczecinem a Krakowem i podobnie sytuacja u nas jest wypośrodkowana pomiędzy tymi dwoma sądami. U nas w trybie specustawy wymieniono prezesa Sądu Okręgowego i Sądu Rejonowego dla Łodzi-Śródmieścia, a prezes Sądu Rejonowego dla Łodzi-Widzewa w geście solidarności sama zrezygnowała po odwołaniu bez konsultacji z nią wiceprezesa. Jednak we wszystkich trzech łódzkich sądach nowi prezesi nie przyjechali jak prezes Pawełczyk-Woicka z delegacji w Warszawie, tylko znaleźli się na miejscu. W Sądzie Okręgowym w Łodzi nawet dwukrotnie! Z jednej strony to lepiej, bo konflikt nie jest tak ostry jak w Krakowie, z drugiej zdecydowanie gorzej świadczy o nas jako środowisku, skoro nie potrafiliśmy zachować się solidarnie i konsekwentnie.

Podobny schemat niestety powtórzył się w styczniu 2019 r. po odwołaniu prezesa i wiceprezesa Sądu Rejonowego w Zgierzu. Pomimo, że odwołanie zostało dokonane w kontrowersyjnych okolicznościach i przy sprzeciwie całej wybieralnej części kolegium, następcy bez żadnych skrupułów znaleźli się. Do tego Prezes Sądu Okręgowego odmówił upublicznienia protokołu z obrad kolegium, gdzie sprawa była rozpatrywana. Wreszcie, choć formalną przyczyną odwołania była niska efektywność działań w zakresie pełnionego nadzoru administracyjnego, to trudno nie dostrzec, że były też inne okoliczności równie ważne, a może decydujące. Bezpośrednio przed odwołaniem, prezes i wiceprezes sądu zgierskiego nie zgodziły się bowiem na proponowane przez kierownictwo Sądu Okręgowego w Łodzi skomplikowane roszady kadrowe, w ramach których jeden z sędziów ze Śródmieścia (wcześniej przez długi czas na delegacji w ministerstwie) miał zostać na część etatu przewodniczącym wydziału rodzinnego w Zgierzu ze specjalizacją tylko w alimentach, a prezes i wiceprezes sądu miały dobrowolnie zrezygnować z łączenia swojej funkcji z przewodnictwem wskazanemu wydziałowi. Brak uległości błyskawicznie kosztował obie panie odwołaniem z funkcji. Przynajmniej tak to wyglądało dla obserwatora z zewnątrz. A niewłaściwy nadzór można zarzucić w zasadzie każdemu prezesowi. Jednak jednym się zarzuca, a innym nie.

Prezes Sądu Okręgowego na zebraniu sędziów w dniu 31 stycznia 2019 odnosząc się do zarzutów o Zgierz stwierdził, że wymiana obu prezesek to wynik zaniedbań poprzedniego kierownictwa sądu, a on nie będzie tolerował wielomiesięcznej bezczynności we wrażliwych sprawach rodzinnych. Nie wspomniał jednak, na ile taki stan rzeczy wynika z dramatycznych braków kadrowych i czy ma inny pomysł na poprawę sytuacji niż surowe wytyki dla sędziów, które nawet w obecnej procedurze dyscyplinarnej nie są w stanie się utrzymać. W tej sprawie odsyłam do artykułu sędzi Katarzyny Kamińskiej-Krawczyk z 20 stycznia 2019 r. o precedensowej uchwale nowego sądu dyscyplinarnego w sprawie wytyków prezesowskich dla sędzi Doroty Łopalewskej z wydziału rodzinnego Sądu Rejonowego dla Łodzi-Widzewa. Mam też informację o kolejnym już uchylonym w tym trybie wytyku dla innego sędziego z tego samego wydziału. Zdecydowanie zatem do uzdrowienia sytuacji wydziałów rodzinnych tą drogą prezes nie doprowadzi.

Co do innych spraw, współpraca prezesa sądu z samorządem sędziowskim również nie układa się dobrze. Jesteśmy nieufni i patrzymy prezesowi na ręce krytyczniej niż wcześniej, bo choć jest z naszego sądu, to jednak reprezentuje ministra, który wbrew naszej woli go powołał, a funkcję przyjął wiedząc o braku akceptacji środowiska. To prawda, że prezes nie jest nastawiony tak konfrontacyjnie jak jego koleżanka z Krakowa i w pewnych sprawach stara się szukać porozumienia, ale też z drugiej strony wyraźnie unika narażania się ministerstwu. Krytyczne uchwały samorządu odnoszące się do bieżącej sytuacji początkowo publikował na oficjalnej stronie sądu, jednak od września 2018 r. już tego nie robi. Na 100-lecie niepodległości nie stanął jak prezes Strączyński obok swoich sędziów z życzeniami Powodzenia dla Polski. Postulatów płacowych pracowników publicznie nie wsparł. W sprawie delegacji dla sędziów walczy wybiórczo i tylko o tych, którym nowe układy w sądownictwie nie przeszkadzają.

Czy w tej sytuacji można mówić o normalnym działaniu łódzkich sądów? Czy w ogóle można mówić o normalnym funkcjonowaniu jakiegokolwiek polskiego sądu, nawet tego ze Szczecina, który przecież nie jest samotną wyspą. Do tego wątpliwe zarzuty dyscyplinarne, które według prezesa Strączyńskiego w Szczecinie nikogo nie dotknęły, dotknęły jednak sędziego Olimpię Barańską-Małuszek z sąsiedniego okręgu gorzowskiego, w tej samej apelacji. Wątpliwe działania rzecznika dyscyplinarnego podjęte zostały także wobec genialnego rysownika – autora rysunków Ślepym okiem Temidy - sędziego Arkadiusza Krupę z Sądu Rejonowego w Łobzie - a więc z okręgu szczecińskiego. Pan sędzia nie ma co prawda postawionych zarzutów, ale miał nieuprawnioną kontrolę akt i musiał składać wyjaśnienia w sprawie symulacji rozprawy na festiwalu Jurka Owsiaka. To mało? Także w Szczecinie miało miejsce bardzo wątpliwe postępowanie prokuratury w sprawie wyznaczenia składu, który odmówił aresztu w głośnej sprawie Polic. Trudno więc, właśnie w Szczecinie nie zauważać, że działania powołanych przez Ministra Sprawiedliwości: Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych i jego dwóch zastępców są coraz bardziej szokujące i pokazują wprost, że zostali powołani tylko i wyłącznie do dyscyplinowania niepokornych i zastraszania reszty?

A co do konkursów na wolne stanowiska sędziowskie, wszyscy chcemy, aby przychodzili do zawodu i awansowali najlepsi, ale problem w tym, że nasze zdanie nie ma żadnego znaczenia. To właśnie dlatego zgromadzenia w całej Polsce odmawiają opiniowania kandydatów. Bo niemal każdy konkurs przeprowadzony przez neoKRS pokazuje, że awans nie jest wynikiem pracy i umiejętności, ale nagrodą za poparcie aktualnej władzy politycznej i jej reformy, ewentualnie nowych odgórnie narzuconych władz sądu? Jak z rozbrajającą szczerością przyznała w powoływanej wcześniej rozmowie prezes Pawełczyk-Woicka, także członkini KRS, celem Rady jest zmiana orzecznictwa sądów poprzez wybranie kandydatów o innych poglądach niż obecnie orzekający.

W żadnym też okręgu, nawet w Szczecinie, nie ma pewności, czy rozstrzygnięcie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w przedmiocie pytań prejudycjalnych polskich sądów w sprawach ustrojowych będzie przez pozostałe władze uznane? Trudno taki stan rzeczy uznać za normalny.

Wiem, że są wśród nas tacy, którzy tak jak prezes ze Szczecina uważają, że to wszystko o czym piszę jest co prawda złe, ale dzieje się daleko: w Warszawie, w Krakowie, może w Poznaniu i Gorzowie, gdzie dwóm sędziom już postawiono konkretne zarzuty dyscyplinarne, ale nie u nas w Łodzi. U nas jeszcze nikogo nie przeniesiono "karnie" do innego wydziału (choć zaczyna się wspominać o "wietrzeniu" wydziałów) ani nikomu nie skontrolowano akt za trzy lata wstecz, aby znaleźć preteksty do stawiania zarzutów dyscyplinarnych. Nadto już wielokrotnie nasz sprzeciw wyraziliśmy, więc dość tej walki. Sąd musi normalnie działać, więc trzeba w końcu zejść z barykady i zacząć normalnie pracować i współpracować.

Jest tylko jedno małe "ale". To zło, przeciwko któremu protestowaliśmy nadal trwa, więc nadal nie jest normalnie i jeśli nic nie zrobimy, również w przyszłości normalnie nie będzie.

Nie twierdzę, że mamy w geście protestu przestać wykonywać swoją pracę lub też wykonywać ją z mniejszym zaangażowaniem. Ale nasza praca to orzekanie. Niczego więcej nie mamy obowiązku robić ani akceptować. Odwieczny dylemat lisa i lwa trwa, ale dotychczasowe doświadczenia pokazują, że to postawa lwa dała spektakularne zwycięstwo w sprawie Sądu Najwyższego. W sprawie KRS i ważności konkursów przeprowadzanych przez ten upolityczniony organ też jest jeszcze nadzieja, tylko dlatego, że od ponad roku nieustająco trwamy w oporze.

Dlatego, nie łudźmy się, że jakikolwiek sąd w Polsce pracuje normalnie, a my już z czystym sumieniem możemy tą "normalność" zaakceptować.

SSO Ewa Maciejewska