Członek Rady z dębem własnym
miotał się z gorsetem ciasnym,
wciąż się mierząc z wątpliwością,
czy też prawnie w Radzie goszczą.

Stale twierdził, że gremialnie
wyłoniono ich legalnie,
choć powszechnie jest czytelnym,
iż tryb prawnie nierzetelnym.

I że wybór miał w zamiarze,
aby w znacznym ich rozmiarze,
z sędziów partyjnie oddanych
stworzyć bastion „dobrej zmiany”.

Oko ledwie już otworzył
zaraz „prawność” swą wyłożył,
z całą argumentów mocą,
które przyśnił sobie nocą.

Potem siedząc przy śniadaniu,
szeptał: „jam wolny w zadaniu”,
„nieprawdą zaś spekulacje,
że chcę posłów mieć owację”.

Obiadując znowu wspomniał,
że kto wybrał go - zapomniał,
a bez związku z tym frazesem
mianowanie go prezesem.

Gdy zasiadał do kolacji,
znów odmawiał wszelkiej racji,
tym co byli twierdzić zdolni,
że są posłom zbyt powolni.

Nawet w wannie w czas kąpieli,
starał się choć ciut wybielić,
dzierżąc dziarsko gąbkę w dłoni
wciąż tej legalności bronił.

Jak do snu głowę układał,
jeszcze mruczał, że zakładać,
iż jest nadal gdzieś zależnym,
wnioskiem to jest zbyt pobieżnym.

Tak dzień cały nieustannie,
kwestionował, że nagannie
sądzą Rady źli krytycy,
że smycz dzierżą politycy.

Na nieszczęście dla sędziego,
tytuł nie wynika z tego,
czy się komuś tak gdzieś roi,
ale jak to prawem stoi.

A czy kto zależnym będzie,
choćby zasiadł na urzędzie,
widać zwykle już od razu,
gdy ktoś cudzych chce rozkazów.

Myśli ulotne paragrafem zdobne