W ostatnim czasie na łamach „Rzeczpospolitej’ pojawiło się kilka artykułów nowych sędziów SN, wywodzących, że: TSUE nie ma legitymacji do oceniania stopnia upolitycznienia neoKRS i że nowi sędziowie są niezależni (M. Dobrowolski, „Sędzia SN: zarzuty dot. sędziów SN nie znajdują oparcia w rzeczywistości”, „Pytania prejudycjalne zmierzają do wciągnięcia TSUE w polski spór ustrojowy poprzez ominięcie TK”), tudzież, że u sąsiadów też są mankamenty procesów nominacyjnych (A. Bojańczyk „U sąsiadów nie jest idealnie”). Ogólnie intencja tych publikacji była jasna: miała wykazać, że nowi nominaci w SN orzekają legalnie, a kwestionowane przez rzecznika TSUE reformy PiS faktycznie nie odbiegają od średniej UE, do tego nie zostały zakwestionowane konstytucyjnie.

Wypada wzruszyć ramionami jeżeli sędzia SN powołuje się na ustrojową rolę TK w sytuacji gdy gołym okiem widać tam manipulacje w wyznaczaniu składów oraz nadmierne uzależnienie polityczne tej instytucji od partii rządzącej. Zamiana w październiku 2015 r. pięciu sędziów wybranych przez Sejm VII Kadencji na takąż liczbę „własnych” sędziów (bez należytej podstawy i uzasadnienia prawnego, przy czym co do trzech również mimo legalności ich desygnacji przez poprzedni Sejm) była przejawem pewnej filozofii politycznej: to właściwe kadry mają partii zapewnić odpowiednio przychylne wyrokowanie w danym organie, nawet kosztem zastrzeżeń co do ich legitymacji. Co zresztą wspominał już w 2007 r. nieżyjący A. Lepper gdy mówił, że J. Kaczyński chce obsadzić Trybunał takimi sędziami „którzy nie zawiodą”. Gwoli rzetelności nadmienić trzeba, że dokładnie ta sama filozofa przyświecała poprzedniej ekipie gdy wcześniej wybrała dwóch sędziów TK „na zapas”. W wypadku sądu konstytucyjnego opisany kierunek myślenia nie cechował zatem wyłącznie polityków PiS. Przeprowadzone zaraz potem wysłanie części sędziów Sądu Najwyższego oraz sędziów powszechnych (zwłaszcza wyższych szczebli) na przymusową emeryturę, przy ogromnym powiększeniu go liczebnie (do 125 sędziów) oraz utworzenie całych dwóch izb SN na bazie wyłącznie nowych sędziów, wykazuje tak daleko posunięte analogie w schemacie działania z losem Trybunału Konstytucyjnego, że naiwnością trąci twierdzenie, że tym razem miałoby nagle chodzić o coś innego

Potrzeby kadrowe nowych izb SN (zwłaszcza Izby Dyscyplinarnej) są wyraźnie przeszacowane (widać to po ich wynikach statystycznych). Nieprzypadkowo zerwano równocześnie z wieloletnią tradycją aby sędziowskich przedstawicieli do Krajowej Rady Sądownictwa wybierali sami sędziowie, a politykom partii rządzącej przyznano decydujący wpływ na ten proces. Nawet przy zmianie co do „sędziowskiej” części KRS na jej wybór głosami polityków można było każdemu z 5 klubów poselskich i parlamentarnych przyznać możliwość obsadzenia 3 miejsc sędziowskich, co zapewniłoby wtedy element względnej neutralności politycznej. Nie ma przypadku, że PiS zagwarantował ich jednak sobie aż 9, co z „niesędziowskimi” członkami stwarza już niezbędną większość do przeforsowania każdej decyzji w Radzie. Równie nieprzypadkowo instytucjonalnie skorumpowano sędziów z neoKRS, powołując większość z nich na stanowiska funkcyjne w sądach, dając różne dodatki finansowe, a także możliwość szybkiego awansu na wyższe szczeble. Chodziło o szybkie przeforsowanie wyraźnej zmiany personalnej na szczytach sądownictwa, wielokrotnie przekraczającej to co można jeszcze podciągnąć pod „mandat demokratyczny”, po której nie będzie potrzeby wydawania jakichś wytycznych czy poleceń bo obsadzi się te organy właściwie myślącymi osobami. Szybkość uzyskano jednak kosztem ogromnych kontrowersji prawnych. Pomijając zastrzeżenia konstytucyjne, obecne problemy z ujawnieniem list poparcia do Rady da się uzasadnić tylko fundamentalnymi brakami w legalności lub rzetelności całej tej procedury: nieprawidłowościami w liczbie podpisów, powtarzaniem się tych samych nazwisk lub sytuacjami, gdy za poparcie kandydata do Rady podpisujący załatwiał sobie w ten sposób awans, będąc potem pozytywnie zarekomendowanym w pełnych kontrowersji konkursach do neoKRS. Każda z tych potencjalnych ewentualności dodatkowo zdyskwalifikuje nowy zaciąg. Tym uzasadnić należy zaciekły opór, zarówno polityków PiS, członków neoKRS ale także dużej części sędziów z tych list, przed ujawnieniem ich zawartości.

Kluczowy był zwłaszcza nabór do SN gdzie zarówno skala, tryb, kryteria jak i treść rekomendacji (choćby skład Izby Dyscyplinarnej SN), jasno wskazują, że chodziło o personalne obsadzenie organu w skali, która uczyni go powolnym obecnej opcji rządzącej. To właśnie dostrzegł rzecznik TSUE gdy wskazał na brak niezależności organu pełniącego funkcję KRS i związaną z tym wadliwość nowych nominatów SN. Jest to zależność co najmniej pośrednia: powołani na podstawie kryterium „właściwych” poglądów i pochodzenia z określonych środowisk z jednej strony mogą uwzględniać sugestie ze strony polityków partii rządzącej (co da się obserwować w TK), a z drugiej będą na podstawie swoich przekonań orzekać w oczekiwany przez nią sposób. W sytuacji powoływania sędziów wedle kryteriów wyłącznie merytorycznych losowo pojawia się pewien pluralizm poglądów, który nie grozi nadmiernym przechyłem ideologicznym. W rezultacie obecnych zmian ma jednak finalnie dojść do obsadzenia 2/3 składu SN oraz dużej liczby etatów w NSA i sądach sędziami o określonych przekonaniach, rzekomo w ramach „mandatu demokratycznego” ale faktycznie z jasnym celem zablokowania tych miejsc również na przyszłość, po rządach obecnej opcji. Gdy bowiem PiS straci władzę, ile wolnych miejsc w SN pozostanie wtedy do zapełnienia ewentualnej opozycji? Musiałaby się ona wówczas zadowolić ledwie kilkoma, które w międzyczasie się zwolnią czy też - śladem PiS - dalej powiększać SN do już absurdalnych rozmiarów, pozostawiając oczywiście na uboczu kwestię, czy byłaby w ogóle zainteresowana kontynuowaniem budowania sądownictwa akurat w oparciu o rekomendację partyjną oraz pożądane przez nią poglądy światopoglądowe nominatów. Skądinąd, przy tak znacznej skali przejęcia SN i wyższych stanowisk sędziowskich ów demokratyczny mandat nowych nominatów wygaśnie po zmianie władzy. Wrócić tu należy do rozważań ile miejsc, przy rozmiarach aktualnych zmian, będą tam mogli w przyszłości obsadzić następcy i co zrobią w razie stwierdzenia, że jest to liczba dla nich niesatysfakcjonująca. Zwłaszcza mając na względzie istniejące zastrzeżenia co do legalności obecnego trybu oraz wynikającą stąd paletę możliwości podważania skuteczności nominacji. Nie jest żadnym przypadkiem, że oddano decyzję o ważności wyborów w ręce wyłącznie nowych sędziów SN.

Nie ma racji M. Dobrowolski, gdy wskazuje na brak mandatu demokratycznego Trybunału Sprawiedliwości UE, podważając pośrednio jego legitymację do badania polskiego sądownictwa. Obecnie 47 (docelowo 56) sędziów TSUE, pochodzących z każdego z 28 krajów Wspólnoty, o różnej kulturze, historii, rozwoju społecznym i gospodarczym, do tego desygnowanych kadencyjnie przez zmieniające się w czasie rządy, mimo politycznego ich wyboru gwarantuje (patrząc w skali całej UE) niezbędny demokratyczny mandat i pluralizm poglądów. W owym gronie obecne rządy Polski i Węgier są bodaj najbardziej konserwatywne i eurosceptyczne (wyłączając Wielką Brytanię), a najmniej liberalne. Generalnie reszta Europy w większym stopniu nakierowana jest na postępującą integrację, także w sferze instytucjonalnej i prawnej. Teoretycznie państwa członkowskie mają autonomię w organizacji wymiaru sprawiedliwości. Nadal jednak ciąży na nich powinność zapewnienia środków skutecznej ochrony prawnej, a sądy krajowe mają zarazem gwarantować prawidłowe stosowanie prawa europejskiego, będąc przecież zarazem sądami unijnymi. Jest to zagrożone gdy instytucjonalnie bądź personalnie eurosceptyczne i nieliberalne państwo narodowe będzie chciało wpływać na sędziów (postępowaniami dyscyplinarnymi, ograniczeniami w awansach, orzecznictwem SN itp.) by ci jednak orzekali … mniej europejsko. W dłuższej perspektywie zagrażałoby to zasadzie przepływu kapitału, osób i mienia, czyli fundamentom całej Wspólnoty. Coraz częściej obserwujemy przypadki tworzenia przez posłów PiS prawa wyraźnie niekompatybilnego ze standardami międzynarodowymi i ugruntowanym orzecznictwem ETPCz i TSUE, wyrosłym na gruncie choćby art. 6 ust. 1 EKPCz, np. co do wykorzystania dowodów z zatrutego drzewa, obecności oskarżonego na rozprawie, bezwzględnej kary pozbawienia wolności, sprzeciwu prokuratora wobec zwolnienia podejrzanego w razie nieuwzględnienia wniosku aresztowego. Szanse na zakwestionowanie tych rozwiązań w zdominowanym przez PiS Trybunale Konstytucyjnym ocenić należy jako iluzoryczne. Obsadzenie zatem SN w dużej liczbie sędziami o poglądach eurosceptycznych i pozytywistycznych, odwołujących się bezkrytycznie do domniemania konstytucyjności (bo przecież na tej zasadzie startowali w kontrowersyjnych warunkach naboru, mimo widocznego gołym okiem stanu obecnego TK), zagraża w dłuższej perspektywie prawidłowej implementacji norm europejskich i międzynarodowych w polskim porządku prawnym. Co z tego, że sąd powszechny będzie niezawisły i prawidłowo zastosuje prawo międzynarodowe, jak za moment eurosceptyczny sędzia z nowego zaciągu SN uchyli taki wyrok? Tym bardziej ta implementacja będzie zagrożona, gdy towarzyszy temu konstruowanie sądownictwa dyscyplinarnego wyłącznie z udziałem podobnie myślących sędziów Izby Dyscyplinarnej SN (patrząc na skład owej izby), nastawionego na karanie sędziów także za wydawanie nieprawomyślnych orzeczeń. Casus sędzi Czubieniak nie był przypadkiem i słusznie został nagłośniony. W jej ukaraniu chodziło przecież o to, że podświadomie przyjęła ona w orzeczeniu standard, który już funkcjonuje w prawie unijnym, a nie został jeszcze zaimplementowany do polskiej procedury karnej. W rezultacie formalnie naruszyła przepisy krajowe. Dla narodowo zorientowanego składu Izby Dyscyplinarnej SN okazało się to wystarczające dla jej przykładnego ukarania. Bez znaczenia tu pozostaje podkreślany przez M. Dobrowolskiego brak przesłanek do wniosku, że - poza tym incydentem - aktualne orzecznictwo SN pozostaje jakoś zależnym od większości parlamentarnej. Do czasu wyroku TSUE trudno logicznie oczekiwać, że nowe izby SN rozwiną pełnię swoich możliwości, mając na uwadze podnoszone zastrzeżenia prawne co do legitymacji do orzekania i związany z tym psychologiczny opór dla zbyt kontrowersyjnego orzekania. Dostrzec już jednak można np. uwypuklanie faktu, że jeśli są w sprawie jakieś wątpliwości konstytucyjne to jest od ich rozstrzygania Trybunał Konstytucyjny (bez próby krytycznej analizy, czym się on stał obecnie).

Powoływanie się przez sędziego A. Bojańczyka na rozwiązania funkcjonujące w innych krajach UE jest o tyle zwodnicze, że też np. w Niemczech są głosy krytykujące nadmierne upolitycznienie procesów nominacyjnych (ostatnio jeden z tamtejszych sędziów również wystąpił z pytaniem prejudycjalnym do TSUE). Co ważniejsze jednak, poza Polską (i Węgrami) nie ma innego kraju w Unii Europejskiej, gdzie w krótkim okresie tylko jedna strona sceny politycznej zechciała ewidentnie z powodów czysto ideologicznych wymienić 2/3 składu Sądu Najwyższego, sporą grupę sędziów NSA oraz dużą grupę sędziów na najwyższych stanowiskach w sądach powszechnych i administracyjnych. Do tego bazowała tu na upolitycznionym oraz nietransparentnym procesie nominacyjnym, odchodząc do tego od dotychczas ugruntowanej wieloletniej praktyki, że o nominacjach sędziowskich decydowali sami sędziowie. Nie będzie dziwnym, gdyby właśnie na kumulację wspomnianych okoliczności zwrócono szczególną uwagę w orzeczeniu TSUE, konstruującym wspólny dla całej Unii standard nominacji sędziowskich. Argumentowanie o swojej niezależności, „demokratycznej legitymacji” tudzież porównywanie obecnych rozwiązań z innymi krajami UE bez próby zmierzenia się z tymi kwestiami, czyni oczywiście niepełnymi wywody nowych sędziów SN.

Pamiętać należy, że w pracy sędziego wrażenie bezstronności jest kluczem do legitymizacji jego prawa do orzekania. Sędzia, co do którego istnieją uzasadnione wątpliwości, że może nie pozostać bezstronnym, podlega wyłączeniu od rozpoznania sprawy. Nie jest istotne jaki by wydał wyrok ale czy w ogóle stwarza obawę, że może w danym układzie nie orzec w pełni obiektywnie. Do tego właśnie „wrażenia” (zresztą pojęcia pojawiającego się już wcześniej w innych orzeczeniach TSUE) odwołał się w swojej opinii rzecznik TSUE, co było w tym wypadku zabiegiem w pełni uprawnionym. To ono prowadzi do wniosku, że z racji przyjętego trybu i skali zmian oraz ich celów nowi sędziowie promowani dzięki neoKRS, podobnie jak sama Rada, nie wykazują się niezbędnym poziomem niezależności z punktu widzenia standardów europejskich. Bo radykalizm obecnych zmian poszedł w tym przypadku po prostu zbyt daleko.

SSO Tomasz Krawczyk